Ogrody literackie w Arboretum Bolestraszyce

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego

 

„Ogrody literackie w Arboretum Bolestraszyce” zrealizowane zostały w ramach Programu Promocja czytelnictwa 2022 Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W ramach zadania zorganizowane zostały spotkanie literackie z udziałem zaproszonych autorów, polonistów, pedagogów, historyków literatury oraz młodzieży szkolnej. Uczestnicy zadania poznali teoretyczne i praktyczne reguły dobrego pisania, przygotowywania utworów literackich historycznych oraz współczesnych z perspektywy profesjonalnych pisarzy oraz poznali zasady tworzenia fabuły, narracji i pisania dialogów. Osoby uczestniczące w zadaniu mogły praktycznie zweryfikować zdobyte umiejętności poprzez udział w konkursie literackim na przygotowanie opowiadania o tematyce związanej z Arboretum w Bolestraszycach.
Prowadzący zadanie:
– Magda Skubisz (koordynator przedsięwzięcia) – pedagog, pisarka specjalizująca się w powieściach o tematyce młodzieżowej, nominowana do Literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
– Magda Louis – pisarka, dziennikarka, tłumaczka, autorka wielu nagradzanych książek, organizatorka Świątecznych Targów Książki w Rzeszowie.
– Monika Maciewicz – polonistka, pedagog, autorka poczytnych powieści o tematyce słowiańskiej.
– Alicja Mielcarzewicz-Cabanek – kierownik marketingu i promocji z wydawnictwa Media Rodzina.
– dr Jan Musiał – historyk literatury, zasłużony nauczyciel akademicki i dziennikarz, doktor nauk humanistycznych, autor książek z dziedziny literaturoznawstwa.
W projekcie wzięli udział uczniowie z II LO im. Morawskiego w Przemyślu.
Autorką zwycięskiego opowiadania została Julia Kowal.
Wyróżnienia otrzymały: Natalia Schulz, Oliwia Kalita, Karolina Śliwa.
Julia Kowal – nagrodzone opowiadanie.
…Obracam w palcach łodygę driakwi, słońce świeci mi w twarz. Oparta o drewnianą barierkę zygzakowatego mostu wypatruję się w młodą parę robiącą zdjęcia ślubne. Trafili na dość ładną pogodę, nie rozumiem tylko, dlaczego robią zdjęcia na tle mostu. Pewnie tam będę. Na samą myśl powoli obracam się plecami do aparatu. I tak nie jestem fotogeniczna. Wzdycham, mój wzrok wędruje do granatowo-fioletowego kwiatka, który lekko ugina się do przodu. Orientuję się, że z nerwów za mocno ściskam łodygę, dyskretnie wypuszczam kwiat do stawu.
Nigdy nie lubiłam truć ludzi – większość trucizn nie daje pięknej śmierci, a ja zawsze musiałam patrzeć, czy na pewno wszystko zrobiłam dobrze i do końca. Kiedy człowiek umiera przez zatrucie, jest to pewna forma widowiska, show, czegoś, co ma zwrócić na siebie uwagę. Odrywam plecy od barierki, idę przez most spokojnym krokiem. Aparat lekko odbija mi się od lewego biodra, puls mi przyśpiesza. Na końcu mostu skręcam w prawo, zmierzam w stronę wrzosowiska. Odwracam się i zaczynam robić zdjęcia, ma to na celu omamić potencjalnych świadków niedoszłego zdarzenia, wmówić im, że jestem kompletnie nieważna w danej sytuacji, że nie ja tu gram główne skrzypce, bo nie gram, przecież to dzień nowożeńców. Nie wyróżniam się, nie jestem godna zapamiętania, nie zwracam uwagi. I o to mi chodzi. Kto by posądzał studentkę zajmującą się hobbistycznie fotografią o usiłowanie morderstwa lub samo morderstwo? Zerkam na równoległy brzeg sadzawki. Robią sobie przerwę. Widzę, jak sięga po butelkę z wodą i pije.
Na jego twarzy gości grymas, kiedy odrywa usta od butelki. Akonityna, jak i sam sproszkowany korzeń tojadu ma ostry, piekący smak. Przez jego lico przemyka cień zastanowienia. Jest moment, w którym myślę, że zacznie pytać znajomych, rodzinę o jej smak. Dlaczego jest ostra? Czy oni mają taką samą? Wtedy dałby spróbować ciecz innym ludziom i skala potencjalnych ofiar by się zwiększyła. Większe widowisko. Jednak tak, jak zakładałam, jego małżonka skutecznie zaczyna go rozpraszać. Otwiera i zaciska prawą pięść, jakby próbował odzyskać w niej czucie. Przy zatruciu wywołuje ogólnie odczuwalne uczucie mrowienia i drętwienia. Następne kilkanaście minut spędzam dość monotonnie posługując się aparatem. Mężczyzna robi się ruchliwy. Jego żona zaczyna się denerwować. Akonityna początkowo działa pobudzająco. Prawie jak energetyk, tylko trochę bardziej śmiertelny. Muszę chwilę poczekać. Paraliżuje nerwy czuciowe i ruchowe, co prowadzi do paraliżu mięśni oddechowych i zatrzymania pracy serca. Siada, zaczyna być zmęczony. Chociaż siadaniem nie powinnam tego nazwać, bardziej utraceniem równowagi i wylądowaniem na kocu. Pewnie wszystko zrzucają na alkohol. Objawy paraliżu mięśni oddechowych to m.in. uczucie mrowienia, drętwienie, osłabienie – szczególnie nóg, skurcze mięśni, utrata koordynacji. Pociera gardło ręką. Dreszcze poprzedzają objawy zaburzeń przełykania i mówienia. Desperacko zaczyna szukać okularów przeciwsłonecznych. Wreszcie pojawiają się zaburzenia widzenia, w tym światłowstręt. Następne przychodzą wymioty, zgina się w pół. Patrzę, jak z trudem łapie oddech. Możliwe, że za niedługo nie tylko driakiew będą nazywać żałobną panną młodą.
Przewidywalnie ludzie zaczynają się zbiegać. Otaczają go z każdej strony, słyszę przerażone krzyki. Jest to moment, w którym postanawiam kierować się do mojego celu.
Czy pan młody przeżyje do przyjazdu karetki? Zanim tam dotrę, mogę się nad tym zastanowić. Jeśli ktokolwiek zadzwonił po pomoc, przyjedzie ona najszybciej za kilkanaście minut. Przy zatruciu tojadem trzeba natychmiastowo wywołać wymioty i żeby dodatkowo pomóc ratownikom umieścić wymioty w torbie, by można było szybciej zidentyfikować truciznę. Aktualne torsje pana młodego mogą mieć dość karmazynowy kolor, co może odstraszyć od próby ich zbierania. Może w ich grupie jest jakiś lekarz?
Dość szybko i sprawnie przechodzę koło skarpy. Skręcam w prawo, powoli zaczynam dostrzegać wieżę kościółka. Dobre pytanie, dlaczego się tam wybieram? Otóż w kaplicy w Arboretum w Bolestraszycach znajduje się mnóstwo obrazów, drogich obrazów śmiem zaznaczyć, a ja bardzo lubię pieniądze. Idąc, zauważam jakiś ruch koło kościoła. Szybko wchodzę między drzewa, mając nadzieję, że nikt mnie nie zobaczył. Okrążając budynek najciszej jak mogę, obserwuję grupę ludzi. Znając moje szczęście, zaraz się okaże, że ktoś mi zabierze te minimum kilka tysięcy sprzed nosa. Nie wiem, czy można chodzić dyskretnie bokiem po górce, ale ja tego nie umiem robić, tym bardziej, jeśli pod nogami walają mi się patyki i korzenie. Zauważam mężczyznę wychodzącego przez okno. Wyciąga obrazy z kaplicy. Jest mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy. Jego lekko pokręcone, miedziane włosy i koszula z podwiniętymi rękawami wpasowują się w kolory kościółka, czarne lateksowe rękawice stanowią do nich kontrast. Na tym etapie praktycznie leżę za dużym wystającym korzeniem, uważając na aparat, by pozostać niezauważoną. Do Białej Koszuli (bo tak pozwoliłam go sobie nazwać) podchodzi kolejny mężczyzna, cały ubrany na czarno. Wygląda jak stereotypowy ochroniarz mafiosa – duży, masa mięśni, łysy. Bierze od Białej Koszuli obrazy i odchodzi. Biała Koszula stoi, wygląda gdyby się zastanawiał nad czymś, ale widocznie rezygnuje ze swoich rozważań i wskakuje znowu przez okno. Kilka minut mija i nic się nie dzieje. Z nudów patrzę na najbliższe otoczenie. Teren, z mojej prawej strony, jest jak na razie dzięki Bogu wolny od pająków. Gdy zwracam głowę w lewo, widzę między drzewami mały, pojedynczy, pomarańczowy kwiat. Z daleka mogę stwierdzić, że to dalia. Wracam wzrokiem do budynku, chłopak wychodzi, tym razem bez obrazów. Odwraca się całym ciałem w moją stronę. Zaczyna się uśmiechać. Mimo jego ładnego (przynajmniej z daleka) uśmiechu żołądek mi się skręca. Ręce zaczynają mi się pocić. Nie podoba mi się to. Chłopak jak nigdy nic wskakuje z powrotem do środka. Gdy jestem pewna, że Biała Koszula szybko nie wróci, zaczynam wstawać, co jest trochę utrudnione przez moje odrętwiałe mięśnie. Otrzepuję się i sprawdzam, czy aparat jest cały.
Moje zdolności w terenie nie były dobre, ale nie sądziłam, że są aż tak złe. Nie słyszę, jak ktoś zachodzi mnie od tyłu. Nie reaguję dość szybko, kiedy zauważam namoczoną, białą ścierkę przed twarzą. Czuję słodkawy zapach, ścierka jest dość mokra, by kilka kropel płynu spłynęło mi do ust. Chloroform. Wstrzymuję oddech, kopię napastnika, by kupić sobie czas. Jestem w stanie tylko zobaczyć jego ciemne, skórzane rękawice i rękaw płaszcza lewej ręki, którą przytrzymuje mnie w talii. Chloroform od 1847 roku był stosowany obok eteru dietylowego oraz podtlenku azotu do głębokiej narkozy. Nie wiem jak, ale szarpiąc się jestem w stanie uderzyć kością ciemieniową w (zakładając, że to nie kobieta) jego głowę. Słyszę lekkie syczenie ze strony mojego napastnika. Kruczoczarny kaszkiet spada na ziemię. Po minucie nieustannej walki tracę siły i muszę złapać oddech. Zanim zasnę, spoglądam w stronę dalii. Nie ma jej tam…
RSS
Facebook
GOOGLE
YouTube